Jak nie przeczytałam stu książek w rok

by - czerwca 11, 2026


Pod koniec zeszłego roku kupiłam notatnik dla moli książkowych “100 books reading journal” z mocnym postanowieniem, że wypełnię go w tym roku od a do z.  

Niestety, już pierwsza książka okazała się DNFem (did not finish, czyli książka, której nie skończyło się czytać). Koło połowy miesiąca pojawił się kolejny niewypał, a za nim następny i następny. Książki z różnych nisz: fantastyka, klasyka, literatura współczesna. Koło marca już się bałam, że coś jest ze mną nie tak, ale trafiłam na kilka dobrych powieści, po których - o zgrozo! - nastąpiły kolejne DNFy.  

Statystycznie jestem w połowie życia i nie przeczytam wszystkich książek, które na mnie czekają, więc moje życie, to sztuka wyboru. Jestem zwolenniczką teorii, według której księgozbiór domowy jest jak piwniczka na wino, do której w razie potrzeby można zejść po coś dobrego, chociaż ja bym porównała biblioteczkę do szuflady ze słodyczami.  

Kilka lat temu pojawiły się idee pomagające nam porządkować chaos: decluttering, metoda konmari, minimalizm. Jakby się jednak nie ustawić, dupa zawsze z tyłu: ciężko być minimalistką, kiedy się cierpi na tsundoku (piękne japońskie słówko określające kompulsywne kupowanie książek, nie koniecznie by je od razu przeczytać). Od zawsze zbierałam, a raczej przygarniałam książki, jak bezdomne kocięta. Biblioteczka się powiększała, niekoniecznie jednak zyskiwała na wartości.  

Przez lata sporo książek doszło mi ze współprac. Inne zaś kupiłam impulsywnie pod wpływem polecenia tej czy innej osoby. Był czas, kiedy pasjonowałam się reportażami, innym razem skupiałam się na literaturze pięknej współczesnej. Stale dochodziły książki z bookcrossingu, których stan nie pozwalał na wcielenie ich do księgozbioru biblioteki, w której pracuję.  

Celowo unikam liczb, powiem jednak, że rozważałam likwidację szafy na rzecz kolejnego regału, a jedynym miejscem, gdzie nie ma w domu książek jest lodówka. A gdyby nagle nastąpiła apokalipsa i czterej jeźdźcy daliby nam popalić, to długo po końcu świata i tak miałabym jeszcze co czytać.  

Jednym z moich obowiązków w pracy jest tak zwane ubytkowanie, czyli melioracja księgozbioru; jest to nic innego jak wycofywanie starych, zaczytanych i zniszczonych książek z księgozbioru. Co jakiś czas nachodzi mnie coś takiego w domu, bo wiadomo, co może robić bibliotekarka po godzinach. Z pasją usuwam książki, do których z jakichś powodów nie sięgnę, a które z równie niewytłumaczalnych powodów znalazły się na moich regałach. Mamie zapakowałam Twardocha i kilka reportaży, w darze do mojej filii dałam sobie Szymiczkową i Austera; z niektórymi pożegnałam się bez mrugnięcia okiem i tak na przykład pozbyłam się Iwaszkiewicza i Mrożka. Tego pierwszego nie lubię, drugiego przeczytałam, ale nie zapałałam miłością. Co taką rundkę porządków pozbywam się około trzech pudeł książek; nie czynią one spustoszenia na moich półkach i widok szczerbatych “zębów” mi nie grozi, ponieważ od razu puste miejsca zapełniam książkami, które do tej pory stały, gdzie popadnie.  

Co czuje po takiej czystce? Spokój. Decyzyjność. Poczucie, że chociaż pozornie panuję nad tym chaosem, bo moje książki od przeprowadzki stroją w dziwnych konfiguracjach, a jako bibliotekarka widziałabym je w układzie wedle Uniwersalnej Klasyfikacji Dziesiętnej.  

Przez lata oduczyłam się kupować kompulsywnie wszystkiego, jak leci, bo ktoś polecił, bo widziałam okładkę na Instagramie, a tamto “wypada” przeczytać, ale nadal zalegają mi stare zapasy. Nie działają stosy tbr ani słoiki, chociaż ostatnio udało mi się wylosować świetną powieść, którą pochłonęłam w weekend. Może byłoby łatwiej, gdybym skupiła się na jednym gatunku.  

Czasem z łezką w oku przypominam sobie swoje nawyki czytelnicze sprzed bookmediów. Szłam do biblioteki i siedziałam tam tak długo, aż udało mi się wyciągnąć coś, co akurat mnie zainteresowało: Dramat Elżbietański, Kappy, Vilette, Kapitał, cokolwiek. Korzystałam również z półek bookcrossingowych, które wówczas nosiły nazwę: weź za darmo. Do teraz nie przeczytałam Wampira, którego wówczas zgarnęłam z takiej półeczki, ale dzięki niemu zaczęłam kolekcjonować serię z Kolibrem.  

Przez DNFy z początku roku zmarnowałam sporo czasu. Najgorzej, że to książki kupione niedawno, właśnie pod wpływem hypu medialnego. Poskrobawszy pozłotę stwierdziłam, że nie ma w nich nic, w co warto inwestować czas, co skłoniło mnie do zwrócenia się w stronę własnych regałów ze starymi książkami. I wpadłam na pomysł “czyszczenia” regałów; podczas ostatnich ubytków/porządków naszła mnie taka myśl, żeby stworzyć idealną biblioteczkę, a pozbyć się rzeczy przypadkowych. By być dumną z mojej kolekcji. Książki, które mi podejdą, zostaną ze mną na zawsze, a te, które zawiodą moje oczekiwania, pożegnam bez żalu. Szczerze mówiąc dobry jeden regał uzbierałby się takich przypadkowych książek, których nie będzie mi żal się pozbyć. A może kiedyś pokuszę się o prywatne wyzwanie, by przeczytać wszystkie zgromadzone Kolibry... 

Jak to się ma do przeczytania stu książek w rok? To element mojej nowo wypracowywanej sztuki rezygnacji. Z niepotrzebnych książek i ograniczeń, które chciałam sobie narzucić.  

Zobacz także:

0 Komentarze